Napisano: 24 cze 2012, 15:47
Problem polega na tym, że większość postrzega pracę wychowawcy tak jak Jojo. Dla przeciętnego urzędnika, dyrektora, a nierzadko i wychowawcy najważniejsze jest żeby dyżury były posprzątane, lekcje odrobione, dzieci nakarmione i umyte. Tylko tyle i \"aż tyle\".
Jak mówi stara maksyma \"jak cię widzą, tak cię piszą\", więc jak ktoś widzi czyjąś pracę jako pracę praczki, sprzątaczki, kucharki to i płaci jak sprzątaczce, kucharce i praczce. Za wykonywanie prostych prac więcej niż najniższą krajową nikt nie zapłaci. Inna sprawa, że nikt nie oczekuje nic więcej. Ma być tanio i wygodnie, żadnych \"fajerwerków\". Dziecko ma przesiedzieć w \"bidulu\" do dorosłości, skończyć szkołę albo i nie, a potem do domu. Wtedy zadowolenie są wszyscy: samorząd - bo tanio, pomoc społeczna - bo problem z głowy, sąd - bo też ma spokój, placówka - bo nie musi się martwić o brak wychowanków. Gdyby zacząć rozliczać placówki z efektów to trzeba by zatrudniać ludzi z kwalifikacjami i umiejętnościami, ale wtedy nie było by tanio bo szanujący się fachowiec za dziadowską pensję nie będzie pracował.